Wylatujemy punktualnie. Znowu mam szczęście - obok mnie nikt nie siedzi. Lecimy 45 minut
z międzylądowaniem, tym razem w Sao Paulo, godzina postoju i lot do Casablanki 9 godz. 30 minut.
To nocny lot, więc udaje mi się trochę pospać. W Casablance lądujemy o 11:30.
Jako, że lecę marokańskimi liniami mam możliwość zostania dłużej w Maroku, co oczywiście wykorzystuję.
To czasowo tylko parę godzin lotu ale kulturowo niezła przepaść. Z Brazylii, gdzie trudniej znaleźć kogoś kompletnie ubranego, do Maroka, gdzie czasem poza oczami nie zobaczysz nic więcej.
Ale jest jedna rzecz, która ich łączy - facebook.
Z lotniska jadę do centrum Casablanki, tam godzina czasu i pociąg do Marrakeszu (3 godz.). Bilety nie mają miejscówek, więc trzeba być szybkim, bo pociąg jedzie z Fezu i jest już nabity ludźmi.
Po dotarciu do hotelu, zostawiam plecak i idę na plac Jama`a el Fna coś zjeść oraz obowiązkowo wypić sok
z wyciskanych pomarańczy.
Naganiacze są nieustępliwi. Taki dialog:
- where are you from?
- from Poland
- u mnie zjesz jak u Makłowicza :-) (oczywiście piękną polszczyzną)
Decyduje się na tadżin. Obok mnie siada polsko - niemiecka rodzina.
Pani mówi do męża: może zamówmy to co ten pan, chyba dobre?!
Nie wytrzymuję i potwierdzam: dobre!
Następnego dnia wstaje dopiero po 11:00. Na śniadanie rewelacyjny marokański jogurt + bagietka.
Temperatura - 22 stopnie, dla mnie ciepło, dla Marokańczyków już nie za bardzo, bo chodzą w kurtkach.
Wieczorem jem zupę z soczewicy - harirę, kupuję jeszcze na targu oliwki z marynacie z chilli, marokańskie wino, które piłem w samolocie i taką mam kolację.
W środę rano wczesna pobudka. Jadę do Essaouira, portowego miasteczka nad Oceanem Atlantyckim. Podróż trwa prawie 3 godziny. Podoba mi się tu bardziej niż w Marrakeszu, mieszkam w hotelu, w centrum Medyny. Dookoła jeden wielki targ. Shawarma smakuje tu zdecydowanie lepiej niż u nas.
Nie wiem dlaczego, ale wszyscy tu proponują mi haszysz. Pewnie taka twarz:-)
W piątek tłukę się 8 godzin do Casablanki. No jak autobus zatrzymuje się przy każdej chałupie, to nie dziwię się,
że tak długo jedziemy. Mam mały problem ze znalezieniem hotelu, jak zresztą w całym Maroku, bo ulice
najczęściej nie mają tabliczek z nazwami, a jak już mają to po arabsku. Tylko na nielicznych można znaleźć napisy
w przyswajalnym alfabecie. Nocuję w hotelu Ennasma za 18 EUR ze śniadaniem. To chyba najtańszy hotel
w Casablance, jaki udało mi się znaleźć. Jak to ma 3 gwiazdki, to ja pracuję jak nic w 6 gwiazdkowcu:-)
W ich cenniku widnieje cena 35 EUR za jedynkę. Wow, ale ze mnie szczęściarz, dostałem 50% zniżki!
To mój ostatni nocleg w Maroku, jutro o 12:20 wylatuję do Paryża.
z międzylądowaniem, tym razem w Sao Paulo, godzina postoju i lot do Casablanki 9 godz. 30 minut.
To nocny lot, więc udaje mi się trochę pospać. W Casablance lądujemy o 11:30.
Jako, że lecę marokańskimi liniami mam możliwość zostania dłużej w Maroku, co oczywiście wykorzystuję.
To czasowo tylko parę godzin lotu ale kulturowo niezła przepaść. Z Brazylii, gdzie trudniej znaleźć kogoś kompletnie ubranego, do Maroka, gdzie czasem poza oczami nie zobaczysz nic więcej.
Ale jest jedna rzecz, która ich łączy - facebook.
Z lotniska jadę do centrum Casablanki, tam godzina czasu i pociąg do Marrakeszu (3 godz.). Bilety nie mają miejscówek, więc trzeba być szybkim, bo pociąg jedzie z Fezu i jest już nabity ludźmi.
Po dotarciu do hotelu, zostawiam plecak i idę na plac Jama`a el Fna coś zjeść oraz obowiązkowo wypić sok
z wyciskanych pomarańczy.
Naganiacze są nieustępliwi. Taki dialog:
- where are you from?
- from Poland
- u mnie zjesz jak u Makłowicza :-) (oczywiście piękną polszczyzną)
Decyduje się na tadżin. Obok mnie siada polsko - niemiecka rodzina.
Pani mówi do męża: może zamówmy to co ten pan, chyba dobre?!
Nie wytrzymuję i potwierdzam: dobre!
Następnego dnia wstaje dopiero po 11:00. Na śniadanie rewelacyjny marokański jogurt + bagietka.
Temperatura - 22 stopnie, dla mnie ciepło, dla Marokańczyków już nie za bardzo, bo chodzą w kurtkach.
Wieczorem jem zupę z soczewicy - harirę, kupuję jeszcze na targu oliwki z marynacie z chilli, marokańskie wino, które piłem w samolocie i taką mam kolację.
W środę rano wczesna pobudka. Jadę do Essaouira, portowego miasteczka nad Oceanem Atlantyckim. Podróż trwa prawie 3 godziny. Podoba mi się tu bardziej niż w Marrakeszu, mieszkam w hotelu, w centrum Medyny. Dookoła jeden wielki targ. Shawarma smakuje tu zdecydowanie lepiej niż u nas.
Nie wiem dlaczego, ale wszyscy tu proponują mi haszysz. Pewnie taka twarz:-)
W piątek tłukę się 8 godzin do Casablanki. No jak autobus zatrzymuje się przy każdej chałupie, to nie dziwię się,
że tak długo jedziemy. Mam mały problem ze znalezieniem hotelu, jak zresztą w całym Maroku, bo ulice
najczęściej nie mają tabliczek z nazwami, a jak już mają to po arabsku. Tylko na nielicznych można znaleźć napisy
w przyswajalnym alfabecie. Nocuję w hotelu Ennasma za 18 EUR ze śniadaniem. To chyba najtańszy hotel
w Casablance, jaki udało mi się znaleźć. Jak to ma 3 gwiazdki, to ja pracuję jak nic w 6 gwiazdkowcu:-)
W ich cenniku widnieje cena 35 EUR za jedynkę. Wow, ale ze mnie szczęściarz, dostałem 50% zniżki!
To mój ostatni nocleg w Maroku, jutro o 12:20 wylatuję do Paryża.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz