W piątek 30. września rano wyruszam PolskimBusem z Katowic do Budapesztu. O 17:00 jestem na miejscu, nocuję
w Marco Polo Hostel, w 12 - osobowym dormie. Nie przepadam za noclegami w pokojach wieloosobowych, bo nigdy się nie wysypiam. Tym razem i tak muszę wstać o 02:00 w nocy, więc wiem że nie pośpię. Budapeszt nocą żyje, pełno głośnych, podpitych młodych Węgrów i turystów wracających z imprez lub zmieniających knajpy. Policja czuwa.
Na lotnisko dostaję się z przesiadką autobusami nocnymi. W jednym z nich jedzie jakiś emeryt z gitarą i daje upust swojej twórczości, ku wtórze podchmielonych Węgrów. Mam ochotę go zabić..
O 06:00 wylatuję do Mediolanu, próbuję się zdrzemnąć, ale to tylko godzina dwadzieścia lotu, więc nic z tego.
Z lotniska jadę do stacji kolejowej Milano Centrale. Mam 3 godziny czasu do odjazdu pociągu. Wypijam kawę obserwując życie wokół dworca. W przylegającym parku kręci się spora grupa ciemnoskórych, paru śpi na kartonach.
O 12:00 przyjeżdża mój pociąg, który okazuje się być włoskim Pendolino (czyli identycznym jak w Polsce) relacji Genewa - Wenecja. Jest jednak mała różnica, bilet jest tańszy niż u nas. Co prawda kupiony z 3-miesięcznym wyprzedzeniem, ale kosztuje całe 9,90 EUR. Po 2 godz. 40 min. jestem w Wenecji. I kolejne 3 godziny wolnego czasu, które przeznaczam na zwiedzanie. Mimo tłumów, miasto przypadło mi bardzo do gustu.
O 21:00 wylatuję pierwszy raz marokańskimi liniami i pierwszy raz do Casablanki. Linie oceniam bardzo pozytywnie - nowy samolot, sporo miejsca na nogi (dla mnie to istotne), jest kolacja (nawet dobra), jest wino, ale schowane - trzeba zapytać. Co też oczywiście czynię i rozpoczynam winną lawinę, bo siedzący za mną chorwaccy sportowcy dokładnie mnie kopiują.
Przylatuję o 23:30. Lotnisko w Casablance podoba mi się już zdecydowanie mniej. Następny lot mam dokładnie za 12 godzin. Na szczęście linie lotnicze fundują bezpłatny nocleg, ale trzeba swoje odstać w kolejce, bo potrzebujących jest wielu. I tak o 01:30 melduje się w hotelu Relax. Niby 3 gwiazdki, ale wiadomo jak to
z gwiazdkami bywa. Szybki sen i pobudka o 07:00. Śniadanie słabiutkie, widać że większość gości tak jak ja nocuje za darmo. O 08:00 bus odwozi nas na lotnisko.
Obsługa ma tu prawdziwego hopla w temacie sprawdzania paszportów i kart pokładowych. Pierwszy raz tuż przed odprawą paszportową, drugi - podczas odprawy paszportowej (to akurat zrozumiałe), trzeci - zaraz po odprawie, czwarty przy wyjściu z terminala, piąty dwa kroki dalej przy wejściu do autobusu i szósty przy schodach prowadzących do samolotu. Nie ma mowy o pomyłce.
Lecę starszym boeingiem 767, ale jest wygodnie. Brazylijczyk, który ma miejsce obok mnie leci z grupą znajomych, którzy siedzą parę rzędów za mną i przenosi się do nich, bo jest sporo wolnych miejsc, i dzięki temu mam pełny komfort.
Po 9 godz. mamy międzylądowanie w Rio de Janeiro, parę osób wysiada, kilka wsiada. Godzina postoju i lecimy dalej do Sao Paulo. O 19:20 lądujemy.
W mieście mam zarezerwowane łózko w hostelu na jedną noc. Aby się tam dostać muszę jechać autobusem, potem metrem z przesiadką i kilometr piechotą. Jest dosyć późno, a ulica na której mieści się mój hostel do przyjemnych nie należy. Po 22:00 jestem na miejscu. Dał bym wiele, by móc dłużej pospać. Niestety znowu pobudka o 07:00.
w Marco Polo Hostel, w 12 - osobowym dormie. Nie przepadam za noclegami w pokojach wieloosobowych, bo nigdy się nie wysypiam. Tym razem i tak muszę wstać o 02:00 w nocy, więc wiem że nie pośpię. Budapeszt nocą żyje, pełno głośnych, podpitych młodych Węgrów i turystów wracających z imprez lub zmieniających knajpy. Policja czuwa.
Na lotnisko dostaję się z przesiadką autobusami nocnymi. W jednym z nich jedzie jakiś emeryt z gitarą i daje upust swojej twórczości, ku wtórze podchmielonych Węgrów. Mam ochotę go zabić..
O 06:00 wylatuję do Mediolanu, próbuję się zdrzemnąć, ale to tylko godzina dwadzieścia lotu, więc nic z tego.
Z lotniska jadę do stacji kolejowej Milano Centrale. Mam 3 godziny czasu do odjazdu pociągu. Wypijam kawę obserwując życie wokół dworca. W przylegającym parku kręci się spora grupa ciemnoskórych, paru śpi na kartonach.
O 12:00 przyjeżdża mój pociąg, który okazuje się być włoskim Pendolino (czyli identycznym jak w Polsce) relacji Genewa - Wenecja. Jest jednak mała różnica, bilet jest tańszy niż u nas. Co prawda kupiony z 3-miesięcznym wyprzedzeniem, ale kosztuje całe 9,90 EUR. Po 2 godz. 40 min. jestem w Wenecji. I kolejne 3 godziny wolnego czasu, które przeznaczam na zwiedzanie. Mimo tłumów, miasto przypadło mi bardzo do gustu.
O 21:00 wylatuję pierwszy raz marokańskimi liniami i pierwszy raz do Casablanki. Linie oceniam bardzo pozytywnie - nowy samolot, sporo miejsca na nogi (dla mnie to istotne), jest kolacja (nawet dobra), jest wino, ale schowane - trzeba zapytać. Co też oczywiście czynię i rozpoczynam winną lawinę, bo siedzący za mną chorwaccy sportowcy dokładnie mnie kopiują.
Przylatuję o 23:30. Lotnisko w Casablance podoba mi się już zdecydowanie mniej. Następny lot mam dokładnie za 12 godzin. Na szczęście linie lotnicze fundują bezpłatny nocleg, ale trzeba swoje odstać w kolejce, bo potrzebujących jest wielu. I tak o 01:30 melduje się w hotelu Relax. Niby 3 gwiazdki, ale wiadomo jak to
z gwiazdkami bywa. Szybki sen i pobudka o 07:00. Śniadanie słabiutkie, widać że większość gości tak jak ja nocuje za darmo. O 08:00 bus odwozi nas na lotnisko.
Obsługa ma tu prawdziwego hopla w temacie sprawdzania paszportów i kart pokładowych. Pierwszy raz tuż przed odprawą paszportową, drugi - podczas odprawy paszportowej (to akurat zrozumiałe), trzeci - zaraz po odprawie, czwarty przy wyjściu z terminala, piąty dwa kroki dalej przy wejściu do autobusu i szósty przy schodach prowadzących do samolotu. Nie ma mowy o pomyłce.
Lecę starszym boeingiem 767, ale jest wygodnie. Brazylijczyk, który ma miejsce obok mnie leci z grupą znajomych, którzy siedzą parę rzędów za mną i przenosi się do nich, bo jest sporo wolnych miejsc, i dzięki temu mam pełny komfort.
Po 9 godz. mamy międzylądowanie w Rio de Janeiro, parę osób wysiada, kilka wsiada. Godzina postoju i lecimy dalej do Sao Paulo. O 19:20 lądujemy.
W mieście mam zarezerwowane łózko w hostelu na jedną noc. Aby się tam dostać muszę jechać autobusem, potem metrem z przesiadką i kilometr piechotą. Jest dosyć późno, a ulica na której mieści się mój hostel do przyjemnych nie należy. Po 22:00 jestem na miejscu. Dał bym wiele, by móc dłużej pospać. Niestety znowu pobudka o 07:00.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz