środa, 5 października 2016

3. Cud natury - Wodospad Iguazu

Jest poniedziałek rano. Wychodzę z hostelu. Mój cel to lotnisko Conghonas, drugie w Sao Paulo. Kilkanaście stacji metrem potem autobus, niby proste, ale jak nie zna się portugalskiego może być chwilami nerwowo. Udało się. Dotarłem. Lecę do Foz do Iguazu brazylijskimi liniami GOL. Na lotnisku widzę ludzi z polskimi paszportami, ale jak zawsze pozostaję incognito. Lot trwa 1 godz. 30 min. O dziwo częstują wodą i krakersami.
Pogoda mnie dobija - pada.
To moje drugie podejście do wodospadów od strony brazylijskiej i miałem nadzieję, że nie będzie padać jak ostatnio.
Ale jest cień nadziei, bo zostaję tu trzy dni. Mieszkam w hotelu Rui Barbosa (cokolwiek to znaczy), był najtańszy
na bookingu. Hotel to może za duże słowo. Pokoi może z piętnaście. Pustawo. Mój jest na parterze, ma okno
z widokiem na... mur, jest łazienka, TV, klima, internet a wszystko to za 42 złote za dobę ze śniadaniem.
Właściciel ni w ząb po angielsku, ale rozumiemy się doskonale. Najczęściej pada słowo OK.
Miasto nie jest jakoś specjalnie ładne, ale przecież nie dla niego przyjeżdża się tutaj. Główna ulica to Avenida Juscelino Kubitschek. Ale Juscelino nie był od naszych Kubiczków, to były prezydent Brazylii, który nazwisko odziedziczył po matce Czeszce.

Jestem tak zmęczony, że myślę tylko o tym, by się położyć, ale wiem, że jeśli to zrobię już nie wstanę do wieczora
a jeść trzeba. Idę na zakupy. Ceny wyższe niż w Polsce, ale chociaż owoce tańsze (nie myślę oczywiście o jabłkach za 7 zł/kg).
Na wtorek mam zaplanowane wodospady. Wstaję o 8:00. Idę na śniadanie: świeże bułki, wędlina, ser, dżem, banany, kawa. Dla mnie wystarczy.
Wychodzę. Niebo nie wróży nic dobrego, pełne zachmurzenie. Może pod wodospadami sytuacja się zmieni,
bo z miasta jedzie się tam 40 minut autobusem. O 11:00 jestem przed wejściem. Bilet tani nie jest - jakieś 70 PLN. Podjeżdżam do pierwszego punktu widokowego i staje się CUD - wychodzi słońce, chmury znikają, będzie pięknie.
I jest.
Iguazu to moje nr 1 w Brazylii. Robię kilkadziesiąt zdjęć. Wrzucam tylko kilkanaście.
















 Na środę mam dwie opcje: zobaczyć wodospady od strony argentyńskiej lub pojechać do miasta Ciudad del Este
w Paragwaju. Jako, że dwa lata temu zaliczyłem argentyńską stronę wodospadów, wybieram Paragwaj. Śmiesznie to wygląda: przychodzisz na przystanek i łapiesz autobus z napisem Paraquay lub po drugiej stronie ulicy - Argentina.
Po 30 minutach jesteś w innym kraju.
Cóż mogę powiedzieć o Ciudad del Este, powielę tylko słowa innych: brzydkie, brudne miasto, jeden wielki bazar. Brazylijczycy chętnie robią tam zakupy, bo ponoć jest o wiele taniej. Coś w tym musi być, bo widzę wielu obładowanych  zakupami wracających do Brazylii.
A moim wspomnieniem z Paragwaju będzie... pieczątka w paszporcie.
I tyle.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz